czworo

„Było nas czworo”, czyli życie podczas powstania warszawskiego według teatru muzycznego Nikt Mnie Nie Chce

Rok 1944 to niewątpliwie jeden z najbardziej pamiętnych dat w historii naszego kraju – powstanie warszawskie. Legionowski teatr muzyczny Nikt Mnie Nie Chce podjął się naprawdę trudnego zadania – przedstawienia widzowi w formie musicalu czasów wojny przeżywanych z perspektywy młodych ludzi. Czy sobie poradził?

Realizacja trudnego tematu

Na początku należy docenić sam fakt wyboru przez zespół tak trudnego zagadnienia jak losy powstańców warszawskich. Szczególnie duże wyzwanie musi stanowić on dla młodych aktorów, którzy nigdy nie zasmakowali realiów wojennych. Ponaddwugodzinny spektakl zaprezentował szeroką gamę ludzkich historii. Główny wątek, czyli przeżycia czwórki przyjaciół starających się wywalczyć wolność swojej ojczyzny, przeplatał się ze scenami z życia innych osób. Temat zasygnalizowany w tytule widowiska został zrealizowany bardzo dobrze. Spektakl ukazał tragedię wojny i tragedię ludzi. Na scenie widzieliśmy dużo emocji, nie tylko w grze aktorskiej, lecz także, jak przystało na teatr muzyczny, w partiach wokalnych i tanecznych. Zrealizowanie założeń teatru tańca to szczególnie trudne zadanie. Zarówno dla grających aktorów zagrania, jak i interpretujących widowisko widzów.. Aktorzy, nieposiadający przecież profesjonalnego wykształcenia, wypadli pod tym względem naprawdę nieźle. Trzeba im oddać, że skupili się na swoim zadaniu i dołożyli wszelkich starań, by widz wyszedł z sali w pełni usatysfakcjonowany.

Scenografia bez zarzutu

Nad scenografią nie ma co się rozwodzić – znakomicie spełniła swoje zadanie. Co istotne, zmieniała się w zależności od każdej prezentowanej sceny. Największej metamorfozie uległa podczas drugiej części spektaklu, która była moim zdaniem bardziej wyrazista i po prostu lepsza. Zakończeniu pierwszej towarzyszyło lekkie uczucie niedosytu, zaś w drugiej połowie było po prostu „więcej i lepiej”.

Nie amatorska gra aktorska

Młodych adeptów nie sposób oceniać tą samą miarą, co wykształconych aktorów. Nie ma też sensu uogólniać gry całego zespołu, ponieważ tworzy go około 35 osób! Bez wątpienia stanowi on zgraną grupę, lecz ciężko pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia tłumu na scenie. Niestety to jednak trochę za dużo, choć bez wątpienia p. Magdalenie Zalewskiej należą się brawa za opanowanie takiej ilości nastolatków. Wydaje mi się, że warto byłoby postawić na potencjał najmłodszych i stworzyć z nimi dodatkową sztukę, w której byliby wspomagani przez bardziej doświadczonych kolegów i koleżanki. Scena dzieci-aniołków zrobiła na mnie duże wrażenie. Starsza część obsady również poradziła sobie nieźle. „Byli w roli”, większość zdawała się naprawdę wczuwać w przeżycia swoich postaci. Podkreślam, jak na tak trudny temat, dali radę.

Nie tylko muzyka, czyli kilka słów podsumowania

Realizacja tematu w porządku. Aktorzy również stanęli na wysokości zadania, zaprezentowali kilka świetnych scen. Udźwignęli też partie taneczne. Za to wszystko trzeba nasz legionowski zespół na pewno pochwalić. I za serce włożone w przygotowania nie tylko przez reżyserkę, lecz także cały zespół na czele z Kariną Warnel, odpowiadającą za choreografię, i Magdą Deptułą, za prowadzenie muzyczne. Widziałem, że niektórzy widzowie, wychodzą uronili łezkę nad losem tytułowej „czwórki”. W teatrze chodzi o prawdę emocji płynących ze sceny. Te bez wątpienia przedostały się do serc widzów.




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.