WOW – czyli Milli Vanilli w operowej oprawie

Dzieło zatytułowane „Wow!” nie pokaże tylko chwytającej za serce historii oszukanych chłopaków. To prędzej refleksja nad mechanizmami, które odpowiadają za fenomen Milli Vanilli. Kompozytorem opery – jest  Joe Diebes

Historia Milli Vanilli jest tak barwna, iż podejmowano już próby jej ekranizacji. Jak dotąd – bezskuteczne.  Wszystko zaczęło się od niemieckiego producenta, któremu zamarzył się globalny sukces. Wynajęci do nowego projektu wokaliści nie grzeszą jednak urodą. Podpisuje zatem kontrakt z dwoma męskimi modelami. Wszystko jest dobrze aż do momentu, gdy dochodzi do scenicznej kompromitacji z zapętlonym playbackiem. Prasa zaczyna węszyć wokół sprawy, a prawdziwi wokaliści ujawniają publicznie swą tożsamość. Rzutki producent musi przyznać się do oszustwa. Media grzmią: ci przystojni chłopcy nie zaśpiewali ani jednego dźwięku na płycie! Bożyszcze nastolatek nagle stają się obiektem nagonki. Schodzą ze sceny (i wybiegu) w niesławie. I nie radzą sobie z odium skandalu. Jeden z członków duetu wchodzi w konflikt z prawem i uzależnia się od narkotyków. Umiera w wieku 33 lat. 

„Wow!” ma opowiadać o wzlocie i upadku Milli Vanilli poprzez konwencję postmodernistycznego nadmiaru. Wizualnym kontekstem są tu wyświetlane na ścianach BRIC Arts cztery (jedyne) teledyski duetu. Nawiązując do manipulacyjnego charakteru muzyki duetu, Diebes stworzył osobliwą ścieżkę dźwiękową, inspirowaną m.in. Wagnerem. Jej „obsługą” zajmuje się specjalne oprogramowanie, które rozpisuje partie instrumentów i rozsyła je losowo do muzyków orkiestry. Bo stojaki z partyturą zastępują tu monitory komputerowe. Eksperymentalne jest również libretto Christiana Hawkey’a. Hawkey splata ze sobą m.in. fragmenty konferencji prasowych duetu, komentarze z YouTube czy… zapiski Tomasza Edisona. Ogólne pomieszanie z poplątaniem, odzwierciedlające aczkolwiek chaos panujący wokół Milli Vanilli.

Więcej o spektaklu przeczytasz tutaj.

Opublikowano