Test Hyundai i10

Test cz.1

Test cz.2

W popkulturze utarło się powiedzenie – im nowsze, tym lepsze. Pierwsza generacja Hyundaia i10 zadebiutowała na rynkach świata w 2007 roku, a w 2013 filigranowy Koreańczyk doczekał się następcy. Sprawdzamy, czy samochód ten potwierdza powyższą obiegową opinię, czy może zaprzecza jej?

Już na pierwszy rzut oka widać, że i10 jest znacznie dojrzalszym samochodem, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Zupełnie jakby projektanci Hyundaia pojęli, że ludzie chcąc kupić kanciaste pudełko, przeważnie z wizytą idą do sklepu sprzedającego artykuły meblowe i tym podobne, a nie do salonu samochodowego. Charakterystyczne, wyraziste linie, miejscami agresywny wygląd z odważnymi przetłoczeniami – mogą się podobać, szczególnie młodym ludziom, czyli klientom najczęściej decydującym się na modele miejskie.

Koreańska jakość?

W przyrodzie relatywnie rzadko zdarzają się takie przypadki, które łączą w sobie atrakcyjną aparycję z bogatym, pięknym wnętrzem. O tyle, o ile użycie tego ostatniego przymiotnika względem wnętrza taniego i10 jest sporym nieporozumieniem, to trzeba przyznać, że wyglądem, wykończeniem, ogólnym poczuciem atrakcyjności nie odstaje ono walorom zewnętrznym. Od razu widać, że obcujemy z produktem, który został starannie opracowany. Materiały, z jakich wykonano kabinę są solidne i dobrze spasowane, a obsługa bardzo prosta. Na tym nie koniec – ergonomia jest na wysokim poziomie, natomiast fotele mogłyby z powodzeniem zostać zaadoptowane przez auto o klasę większe.

Irytuje jedynie obsługa komputera pokładowego – aby z niego skorzystać należy oderwać rękę od kierownicy. A argumentów do jej odrywania jest więcej – już od drugiej wersji wyposażenia wszystkie cztery szyby sterowane są elektronicznie, a miejsca nad głowami jest tyle, że nawet wysoka osoba może swobodnie drapać się po samym jej czubku. I właśnie ta przestronność jest kolejną mocną stroną Hyundaia – zarówno pasażerowie pierwszego rzędu, jak i drugiego, nie będą narzekać na brak miejsca, ani na nogi, ani nad czuprynami.

Silnik.

Pod maską testowanej wersji zawitała najmocniejsza dostępna w gamie 4-cylindrowa jednostka o pojemności 1.2 litra i mocy 87 KM. Co ciekawe, w stosunku do 1-litrowej odmiany generującej moc 66 koni mechanicznych, kosztuje jedynie 2000 złotych więcej. Wręcz kusi perspektywa dopłacenia tak symbolicznej sumy za  21 „kucyków” więcej – po przeliczeniu, każdy z nich to wydatek „śmiesznych” 95 złotych! W praktyce sprint do setki zajmuje 12,3 zamiast 14,9 sekundy jak w przypadku wersji ze słabszą jednostką. Co zaskakujące, lepszą kulturą pracy odznacza się silnik 3-cylindrowy. Za to rachunek wyrównuje się przy wynikach zużycia paliwa, które są podobne – testowy egzemplarz zużywał około 4,1 litra w trasie i 6,6 w mieście.

Jakie są kolejne zalety silnika 1.2? Mianowicie fakt, że zamiast stricte miejskiego samochodu, otrzymujemy dość wdzięcznego kompana w dalsze podróży. Może i ta mała jednostka nie przepada za zapędzaniem w wysokie rejestry obrotów, ale zapewnia absolutnie wystarczające osiągi. Jak już uda nam się nabrać prędkości w “skrzydła”, to możemy z dużą dozą odwagi wpasowywać się w zakręty – układ kierowniczy jest bardzo dobrze wyważony i daje szereg informacji o tym co dzieje się z przednimi kołami. Właściwości jezdne są bardzo pewne, i10 jest stabilne, neutralne i przewidywalne w prowadzeniu, nawet jak odważymy się balansować już na samej granicy przyczepności – po jej przekroczeniu o swoim istnieniu da znać ESP, które i tak ingeruje dość późno. Skrzynia biegów działa lekko i precyzyjnie, jest w tak optymalnym miejscu, że jej drążek sam wpada w rękę. Miłym zaskoczeniem są bardzo skuteczne hamulce, które potrafią ze 100 km/h zatrzymać małego Hyundaia już po niespełna 36 metrach. Z kolei zawieszenie małe i10 jest dość sztywne, ale pozbawione zarówno bujania typowego dla aut o małym rozstawie osi, jak i nadmiernych przechyłów nadwozia w zakrętach.

Podsumowując, obecne i10 ma do zaoferowania więcej niż poprzednik, włącznie z 5-letnią gwarancją bez limitu kilometrów. Z powodzeniem mogłoby aspirować do konkurowania z samochodami o klasę większą – to taki uczeń, który przewyższa swoich rówieśników i ambicjami, i umiejętnościami. Szkoda tylko, że jest dość drogie.

WP_20160103_13_21_58_Pro WP_20160103_13_21_16_Pro WP_20160103_13_21_00_Pro WP_20160103_13_20_48_Pro WP_20160103_13_20_28_Pro WP_20160103_13_20_18_Pro WP_20160103_13_20_05_Pro WP_20160103_13_19_56_Pro

 

Opublikowano

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *