Utwory laureatów konkursu literackiego „Jesteśmy razem”

Co roku radio Hobby jest patronem medialnym „Dni Osób Niepełnosprawnych” miasta Legionowa i powiatu Legionowskiego, dlatego też poniżej prezentujemy nagrodzone utwory.

I miejsce   Klaudia Szulczewska

Zespół Szkół Nr 1 w Legionowie

„Niewidoma mistrzyni”

 

Siedziałam w fotelu, czytając książkę, kiedy sześcioletni Janek wpadł do salonu z kopertami w ręku.
-Zobacz mamo, zrobiłem już wszystkie zaproszenia na moje urodziny! – powiedział, kładąc mi kartki na kolana. Przejrzałam szybko imiona zapisane na kopertach. Jednej osoby brakowało.
-Jasiu, czemu nie zrobiłeś zaproszenia dla Franka? – spytałam. Franek był jego najlepszym kolegą, odkąd przeprowadziliśmy się do nowego domu na początku wakacji.
-No… Pamiętasz przecież, że będziemy tańczyć, ścigać się, a wieczorem chcemy zagrać mecz piłki nożnej… – Jaś wyraźnie się zakłopotał.
-Tak, wiem. Tata obiecał wam sędziować. Ale co to ma do Franka?
-Mamo, przecież on nie chodzi!
No tak, o to mu chodziło. Franek jeździł na wózku inwalidzkim, urodził się chory. Chłopcom nie przeszkadzało to w codziennej zabawie. Grali razem w gry planszowe, bawili się samochodami i w piaskownicy. Jednak Franek nie chodził z Jasiem na boisko. Chodzili do różnych klas, więc nie widywali się też na WF-ie.
-Nie zagra przecież z nami w piłkę – kontynuował syn – nie chcę, żeby musiał patrzeć, jak my się bawimy, kiedy on nie może.
-Jasiu, Franek potrafi grać w piłkę. Umie też się ścigać i tańczyć.
-Ale jak? Przecież nie może wstać z wózka. – zdziwił się Janek.
-Usiądź, opowiem ci pewną historię. – powiedziałam i syn usiadł obok mnie na kanapie. – Pamiętasz ciocię Lusię?
-Tą, która przyjechała w wakacje ze swoim koniem? Tak, pamiętam ją.
-Widzisz, Lusia urodziła się niewidoma. To znaczy, że nigdy nie widziała.
-Nie żartuj! Przecież ciocia tak świetnie jeździ na koniu. A jak dobrze skacze! Gdyby nie widziała, jak miałaby to robić?
-Kiedy ją poznałam, też nie mieściło mi się to w głowie. A poznałyśmy się na obozie konnym…

***

Weszłam do stajennego domu około szesnastej i od razu przywitałam się z ciocią Zosią. Była naszą obozową opiekunką od wielu lat. Miała długie ciemne włosy związane w kucyka i przewyższała mnie o głowę. Teraz siedziała przy stole w jadalni, czekając na wszystkich uczestników obozu.
-Aniu! Stęskniłam się za tobą, nie widziałyśmy się prawie rok. – przytuliła mnie
-Ja też się stęskniłam. Gdzie będzie w tym roku mój pokój? – spytałam
-Będziesz spała w pokoju drugim razem z Mimi i Lusią. Możesz iść zostawić swoje rzeczy.
Bardzo się ucieszyłam. Nie wiedziałam, kim jest Lusia, ale Mimi była moją dobrą koleżanką z obozu. Byłyśmy w tym samym wieku. Weszłam po schodach. Dom stajenny był dużym domem z wieloma małymi pokojami. Na dole mieściła się kuchnia z jadalnią i większy pokój dla opiekunów. Znalazłam pokój numer dwa i położyłam swoje rzeczy na podłodze. Były tam trzy drewniane łóżka z kolorowymi kołdrami i poduszkami. Przy każdym łóżku stał mały stolik. Pod ścianą była duża szafa, obok komoda, a na komodzie doniczka z dużą rośliną. Wzięłam konewkę, która stała na komodzie i pobiegłam do wspólnej łazienki po wodę – na obozie każdy pokój dba o swoje roślinki. Kiedy wróciłam z pełną konewką, w pokoju stała Mimi. Odstawiłam naczynie i rzuciłam się przyjaciółce na szyję.
-Ania! Ale długo cię nie widziałam!
Mimi miała kręcone, brązowe włosy i ciemne oczy. Była mojego wzrostu.
-Ja ciebie też. Może pójdziemy odłożyć rzeczy do stajni?
-Tak, chodźmy, póki nic się nie dzieje. – powiedziała. Wzięłyśmy torby z rzeczami jeździeckimi i pobiegłyśmy do stajni.
Mimi została w boksie, żeby wyczyścić swojego konia. Kiedy wróciłam do pokoju, zobaczyłam, że na łóżku siedzi jasnowłosa dziewczynka. Była ubrana w szorty, trampki i białą koszulkę – całkiem zwyczajnie. Zdziwiłam się jednak, kiedy zobaczyłam, że trzyma w ręku biały kijek z pętelką na jednym końcu. Po co jej patyk w domu?
-Cześć, jestem Ania. – przywitałam się i wyciągnęłam do niej rękę. Dziewczynka wstała i podeszła w moją stronę. Zamiast uścisnąć mi dłoń, pomachała do mnie.
-Cześć, mam na imię Lusia. – uśmiechnęła się dziewczynka.
-Przepraszam, ale po co ci ten patyk? – spytałam nieco zakłopotana
-To nie żaden patyk! – zaśmiała się Lusia – To moja laska. Jestem niewidoma.
-Ach. – nie wiedziałam co powiedzieć. Pierwszy raz widziałam kogoś, kto nie widzi. A już na pewno kogoś, kto nie widzi i przyjeżdża na obóz konny!
-Zaprowadzisz mnie do stajni? Chciałabym odłożyć swoje rzeczy.
-Tak, oczywiście. Chodź za mną. – powiedziałam i pomyślałam, że może to być trudne, jeśli Lusia nie widzi – To znaczy… Mam podać ci rękę?
Dziewczynka zaśmiała się.
-Nie, pójdę za tobą. Będę słyszała jak idziesz. Możesz mi tylko pomóc na schodach.
Wyszłyśmy więc z domu i poszłyśmy do stajni. Lusia zostawiła swoje rzeczy w siodlarni.
-Chodź, poznasz Mimi. – powiedziałam i nowa koleżanka poszła za mną.
Weszłyśmy do boksu, gdzie Mimi kończyła czyścić swojego konia.
-Cześć, jestem Mimi, a to jest Dyzio. – wskazała na swojego konia.
Lusia podeszła do konia i pogłaskała go.
-Dlaczego „Mimi”? To chyba nie twoje prawdziwe imię? – zdziwiła się Lusia.
-Nie, na imię mam Michalina. Ale wiesz, tak jest krócej.
Zamknęłyśmy boks i poszłyśmy na łąkę, gdzie już zaczynało się pierwsze zebranie i przydziały do drużyn.

Na miejscu stała grupka dzieci w podobnym wieku i dwie opiekunki.
-Witamy w Stajni na łące! – powiedziała ciocia Zosia – Przez całe dwa tygodnie waszym zadaniem będzie przygotować się do końcowego Turnieju Obozowego. W związku z tym musimy się podzielić na drużyny. Marysiu, Aniu, w tym roku wy będziecie kapitanami drużyn.
Ciocie po kolei czytały składy grup. W mojej drużynie znalazła się oczywiście Mimi – ciocia Zosia wie, że się przyjaźnimy. Oprócz niej Bruno i Julek. Do wybrania zostały tylko Sara i Lusia.
-Lusiu, dołączysz do drużyny Marysi. – powiedziała ciocia Jagoda
-O, nie! – krzyknęła Marysia – przecież ona nawet nie widzi konia!
Twarz Lusi posmutniała. Dziewczynka zatrzymała się w połowie kroku.
-Marysiu… – zaczęła ciocia Jagoda
-Lusiu, dołącz do nas! – przerwałam jej. Przez moją drużynę przeszedł cichy szept.
-Tak, bądź z nami. – poparł mnie Julek – A wtedy Sara będzie ze swoim bratem.
Lusia uśmiechnęła się z wdzięcznością. Podeszła do mnie szybkim krokiem i uścisnęła mnie.
-W porządku! A więc drużyny wybrane! Teraz możecie iść popracować z końmi i widzimy się na kolacji.
-Na pewno wiesz, co robisz? – spytała mnie szeptem Mimi – Lubię ją, ale… Nie wiem, czy ona sobie w ogóle poradzi.
-Ja też nie wiem. To strasznie dziwne, że przyjechała na obóz konny, skoro nie widzi. Ale była taka smutna.
Rozmowa urwała się, bo podeszła do nas Lusia.
-Pójdziemy na spacer? – spytała.
Poszłyśmy tylko we dwie, bo Mimi musiała pomóc w czymś cioci. Osiodłałyśmy konie i zaprowadziłyśmy je na łąkę. Lusia zostawiła swoją laskę w stajni i przez cały czas trzymała się tylko swojego konia.
-To co? Wsiadamy? – spytała, kiedy weszłyśmy na łąkę.
-Skąd wiesz, że już jesteśmy? – spytałam zdziwiona.
-Czuję kwiaty, bardzo ładnie pachną – odpowiedziała.  – Więc jak będzie? Jedziemy, czy nie?
-Chyba tak.
Dziewczynka zdjęła buty i postawiła je pod krzakiem. Bardzo mnie to zdziwiło, ale nie pytałam, czemu to robi. Byłam pod wrażeniem, jak zwinnie Lusia wsiadła na konia. Myślałam, że poprosi mnie o pomoc. Ale ona tylko przesunęła ręką po siodle, odnalazła strzemię i z łatwością wskoczyła na górę. Dotknęła piętami boków srokatego konika i ruszyłyśmy żwawym stępem.
-Jak ma na imię twój koń? – spytałam.
-Kamyk. Jest hucułem. Uwielbiam tę rasę. Choć niekoniecznie wyglądają na sportowców, to świetne konie. Są nieduże, ale bardzo szybkie i wytrzymałe.
-Mój Spartan też jest bardzo szybki.
-Tak? Przekonajmy się! Wyzywam cię na pojedynek. Do granicy lasu i z powrotem. – powiedziała z uśmiechem Lusia.
-Eee…  – nie wiedziałam, czy powinnam się zgodzić…
-No dalej! – krzyknęła i spięła Kamyka nogami. Konik wypruł z miejsca jak torpeda.
Pogalopowałam za nią. Kiedy zbliżyłyśmy się do ściany lasu, ogarnęła mnie panika. Przecież ona zaraz wiedzie w drzewa! Ale wtedy stało się coś dziwnego. Kamyk wydał z siebie krótkie parsknięcie. Lusia dotknęła go palcem od nogi w prawą łopatkę i konik wykonał błyskawiczny zwrot. Zanim zdążyłam się połapać, galopowali już w stronę mety. Pospieszyłam Spartana, ale nie udało mi się jej prześcignąć.
-Co to było? No wiesz, ten zwrot. – Spytałam, gdy dotarłam do mety. Nadal nie rozumiałam, co się przed chwilą stało.
-A, to taka mała sztuczka. Wiesz, nie widzę, kiedy mam na coś wpaść. Kamyk parska, żeby mnie ostrzec, a wtedy dostaje sygnał do zwrotu. To jedna z wielu jego umiejętności.
Lusia pokazała mi jeszcze kilka sztuczek. Jej koń kładł się, żeby mogła łatwiej na niego wsiąść, rżał, kiedy ktoś się zbliżał i potrafił zatrzymać się w ułamku sekundy z szybkiego galopu, gdy Lusia go o to poprosiła. Poczułam, że te zawody może nie będą taką znowu porażką.
Następnego dnia wstałyśmy rano, żeby wyczyścić i nakarmić konie. Właśnie czyściłam gniadą sierść Spartana, gdy do boksu weszła Mimi.
-Przyniosłam śniadanie dla Spartana – powiedziała i postawiła na ziemi wiadro pełne owsa. Konik z zadowoleniem zaczął jeść.
-Słuchaj, chciałam z tobą pogadać o Lusi. – zaczęłam – Ona jest niesamowita! Tak świetnie jeździ.
-Czekaj. Ta Lusia? Ta sama, która chodzi z laską?– przerwała mi Mimi.
-Tak! Nawet sobie nie wyobrażasz. Zobaczysz ją dziś na jeździe.
-Skoro tak mówisz… Ale nadal nie sądzę, żeby mogła sobie poradzić na Turnieju…
Godzinę później poszłyśmy do stajni, żeby osiodłać konie. Nasza grupa – niebieska – miała mieć tego dnia trening skokowy. Weszliśmy na ujeżdżalnię razem z ciocią Asią – naszą instruktorką. Kiedy ciocia pomagała innym dopasować długość pasków od strzemion, Lusia zdjęła buty. Puściła luzem wodze Kamyka, żeby odstawić obuwie pod płot. Zdziwiłam się, ponieważ Kamyk nawet nie drgnął, gdy Lusia puściła wodze. Większość koni poszłaby do płotu skubać trawę. Jednak koń poczekał spokojnie na Lusię. Włożyłam nogę w strzemię i wsiadłam na Spartana. Tymczasem Kamyk położył się i wstał, gdy jego pani siedziała już bezpiecznie w siodle. Wszyscy ruszyliśmy powolnym kłusem.
Kiedy się już rozgrzaliśmy, przyszła pora na skoki. Najpierw mieliśmy przed sobą niską, półmetrową przeszkodę. Pierwszy skakał Bruno. Później Mimi, Julek i ja. Przyszła kolej na Lusię. Ciocia Asia podeszła do przeszkody i stanęła przy słupku.
-Twoja kolej, Lusiu! – krzyknęła głośno ciocia.
Dziewczynka zagalopowała. Przejechała całe okrążenie, po czym skręciła, ustawiając się prawie dokładnie naprzeciwko przeszkody. Dotknęła szyi konia i Kamyk wyprostował tor tak, by wjechać idealnie pomiędzy słupki. Wstrzymałam oddech, gdy konik oderwał się od ziemi. Przeskoczyli bezbłędnie. To było coś niesamowitego. Spojrzałam na Mimi. Siedziała na Dyziu z szeroko otwartymi oczami – Lusia zrobiła na niej ogromne wrażenie. Skakaliśmy tak do końca jazdy. Potem odprowadziliśmy konie i poszliśmy na obiad.
Nalałam sobie zupy pomidorowej z wazy w kuchni i usiadłam do stołu pomiędzy Lusią, a Mimi.
-Jak ci się to udaje? Skaczesz lepiej od nas, mimo że nie widzisz przeszkody – spytałam, jedząc obiad.
-Wiedziałam, gdzie jest przeszkoda, bo ciocia odezwała się do mnie, stojąc przy niej – powiedziała Lusia tak, jakby to było coś oczywistego.
-Nadal nie mogę tego pojąć. To niesamowite! – powiedziałam
-No wiesz, do w dużej mierze zasługa Kamyka – uśmiechnęła się.
-Jak to?
-Hm… Pokażę ci potem. Ale najpierw daj mi zjeść! Przez tą jazdę strasznie zgłodniałam – zaśmiała się dziewczynka.
Po obiedzie Lusia zabrała mnie do stajni. Osiodłała Kamyka i wyprowadziła go z boksu. Poszłyśmy na ujeżdżalnię. Tam Lusia wyjęła z kieszeni apaszkę i zawiązała mi oczy.
-No, teraz czujesz się dokładnie tak, jak ja! – powiedziała z wesoło. – Jeżdżenie po ciemku, lekcja pierwsza!
-Nie wiem, czy to dobry pomysł.
-Jasne, że dobry. No, a teraz ściągaj buty!
-Po co? – zdziwiłam się. Widziałam, że ona nigdy nie jeździ w butach, ale nadal nie wiedziałam dlaczego.
-Żebyś czuła wszystkie sygnały od Kamyka – powiedziała zdziwiona. – No, wsiadaj. Poklep go za popręgiem, wtedy się położy.
Okazało się, że „za popręgiem” nie było wcale takim oczywistym miejscem jak zwykle. Namęczyłam się trochę, zanim odnalazłam to miejsce na boku konia. Poklepałam Kamyka, a on położył się na piasku. Udało mi się usiąść w siodle i koń stanął na nogi.
-Dobrze, a teraz ruszaj. – powiedziała Lusia
-Ruszać? Ale w którą stronę? Nic nie widzę!
-Hmm… Na początku mogę ci trochę pomóc. Jesteś dokładnie na środku ujeżdżalni, a twój koń ma nos skierowany w stronę przeciwną do wyjścia. Spróbuj teraz jechać wzdłuż płotu.
Dotknęłam boków konika piętami i ruszyliśmy stępa. Chwilę później Kamyk parsknął. Pamiętałam, co to znaczyło – „uważaj, zaraz wjedziesz w coś przed tobą”. Skręciłam lekko w lewo i poczułam, jak koń zaczął iść po ubitej ścieżce.
-Bardzo dobrze! Teraz zakłusuj.
Po piętnastu minutach przyzwyczaiłam się trochę do jazdy po ciemku, ale kiedy Lusia wydała następne polecenie, prawie mnie zamurowało.
-Przyśpieszmy trochę. Pogoń go do galopu.
Stwierdziłam, że nie mam wyjścia. Dotknęłam mocniej boków Kamyka piętami, a on przeszedł do miękkiego, spokojnego galopu.  To było zarazem straszne i piękne przeżycie. Nie wiedziałam kompletnie nic i bałam się, że zaraz w coś wjadę. Jednocześnie ufałam Lusi i Kamykowi. Wiedziałam, że konik ostrzeże mnie, a jeśli będzie to konieczne, zatrzyma się.
Od tej pory Lusia codziennie uczyła mnie jazdy po ciemku. Czwartego dnia, poprosiła ciocię Asię, żeby pomogła jej rozstawić niską przeszkodę. Ciocia stanęła przy jednym słupku, a Lusia przy drugim.
-Spokojnie – mówiła dziewczynka – Kamyk ostrzeże cię, kiedy zbliżysz się na pięć metrów od przeszkody. Nie powiem ci, jak to zrobi, ale rozpoznasz ten sygnał. Przeszkoda ma czterdzieści centymetrów i stoi dokładnie naprzeciwko ciebie.
-Możesz ruszać – krzyknęła głośno ciocia.
Ścisnęłam łydkami boki konika, a on ruszył i płynnie przeszedł do galopu. Jego kopyta uderzały o ziemię – tu-du-dum. Czułam, jak serce wali mi w piersi. Nie przeskoczę. Wpadnę prosto na drągi. Tu-du-dum. Nie mam szans. Nic nie widzę. Tu-du-dum. I wtedy poczułam, jak mięśnie Kamyka zadrżały. To było krótkie uczucie, ale wiedziałam, że koń daje mi znak. Poczekałam jeszcze chwilę, dałam mu zrobić jeszcze jeden krok galopu i ścisnęłam boki konia. Przednie kopyta Kamyka oderwały się od ziemi, odbił się tylnymi nogami i miękko wylądował.
-Brawo! Test skoków w ciemno zaliczyłaś na pięć! – pochwaliła mnie Lusia. – Teraz już wiesz, czemu jeżdżę bez butów?
-Chyba tak – powiedziałam – w butach nic bym nie poczuła.
Mijały kolejne dni, aż w końcu nadszedł dzień Turnieju Obozowego. Zaczął się tak jak zwykle – wstaliśmy wcześnie rano, wyczyściliśmy konie, potem śniadanie. Poszliśmy na naszą ostatnią jazdę przed Turniejem. Później obiad. Po obiedzie podeszła do mnie Lusia. Był teraz czas na przygotowanie koni do turnieju.
-Chodź ze mną, uczeszemy pięknie nasze konie. I musisz mi pomóc z farbą – oznajmiła.
-Farbą? Jaką farbą? – zdziwiłam się, ale poszłam z nią do stajni.
Kamykowi zaplotłyśmy kilka małych warkoczyków na grzywie, a Spartanowi uczesałyśmy warkocz na ogonie. Lusia wyjęła małe pudełeczka z kieszeni.
-No, teraz czas na farbę – powiedziała – dawno temu, Indianie malowali swoim koniom różne znaki przed bitwą. Każdy znak miał jakieś zadanie – polepszyć wzrok, nadać prędkość albo uczynić odpornym na zranienia.
-I to działało? – spytałam.
-Nie sądzę. Ale nie zaszkodzi spróbować. Weź niebieską farbę i narysuj Kamykowi kółko wokół lewego oka. Ten znak ma polepszać wzrok. Niech Kamyk patrzy za mnie.
Wzięłam więc pudełeczko z farbą i namalowałam koło wokół końskiego oka.
-Może to działa też na ludzi? Chodź tu, tobie też namaluję kółko – powiedziałam do Lusi.
-Teraz zrób mu białe zygzaki na nogach. To oznacza prędkość – oznajmiła dziewczynka, gdy skończyłam ją malować.
Posłusznie namalowałam Kamykowi zygzaki. Kiedy reszta drużyny to zobaczyła, zaraz chcieli mieć takie same. W końcu każdy koń naszej grupy miał na nodze zygzaka, a każdy jeździec miał taki sam na policzku. Uznaliśmy, że to świetny znak naszej drużyn. Zanim się obejrzeliśmy, nadszedł czas turnieju.
Turniej składał się z trzech części. Zadaniem uczestników było pokonanie toru przeszkód z jabłkiem w ręku. Po przeskoczeniu ostatniej przeszkody zawodnik przekazywał jabłko następnemu koledze. Ostatni jeździec miał za zadanie wrzucić jabłko do koszyka stojącego przed stołem sędziów. Na każdym etapie przeszkody były coraz wyższe. Ujeżdżalnia została podzielona na dwa tory w lustrzanym odbiciu. Jeden dla drużyny niebieskiej, a drugi dla czerwonej. Kto pierwszy wrzucił jabłko do koszyka – wygrywał rundę. Przed turniejem dostaliśmy mapkę z narysowanymi przeszkodami i odległościami. Wszyscy ją dokładnie obejrzeliśmy, a potem przeszedł czas na Lusię. Położyliśmy kamienie na każdej przeszkodzie na mapie. Przesuwałam palec Lusi po mapie zgodnie z kolejnością przeszkód.
-Ta ma pół metra. Teraz dziesięć metrów przerwy. A ta ma siedemdziesiąt centymetrów – tłumaczyła po kolei Mimi.
Kiedy Lusia zapamiętała dokładnie przeszkody, osiodłaliśmy konie i zaprowadziliśmy je na ujeżdżalnię.
-Witam was, drodzy uczestnicy! Turniej Obozowy uważam za otwarty! – oznajmiła głośno ciocia Asia – pokonacie teraz pierwszy etap turnieju z maksymalną wysokością przeszkód – pół metra.
Pierwszy był Julek na klaczy, Lukrecji, a za nim Mimi. Dalej jechał Brunek. Niestety, chłopak chciał jechać zbyt szybko i jego koń, Nugat zahaczył o jedną z przeszkód i zrzucił ją na ziemię. Udało mi się nie uderzyć o żaden drąg, więc przekazałam jabłko Lusi i patrzyłam, jak dziewczynka pokonuje kolejne przeszkody. Byłam pod wrażeniem. Nie pomyliła się ani razu. Mieliśmy nadzieję, że przeciwnicy strącą dwie przeszkody – wtedy wygralibyśmy pierwszą część. Niestety tak się nie stało i pierwszą rundę wygrali czerwoni.
Na następnym etapie czekały nas wyższe przeszkody.. Pierwsze trzy osoby przejechały bezbłędnie. Jednak kiedy przyszła moja kolej, chciałam jechać zbyt szybko i strąciłam przeszkodę. Mieliśmy szczęście, bo chwilę później Szarlotka prowadzona przez Sarę z drużyny czerwonych uderzyła kopytem o drąg i zrzuciła go na ziemię. Ostatnie osoby przejechały bezbłędnie, więc drugą rundę zremisowaliśmy.
Na trzecim etapie czekały nas najtrudniejsze przeszkody. Julek i Mimi przejechali bezbłędnie. Bruno tym razem bardziej uważał. Także nie strącił żadnego drąga. Przejechałam tor i przekazałam jabłko Lusi. Nie skusiła ani razu. A to oznaczało remis.
-Drodzy zawodnicy! – zawołała ciocia Asia – pierwszy raz od wielu lat mamy remis! W związku z tym zapraszam do siebie kapitanów drużyn. Wylosujecie teraz imiona osób, które zmierzą się ze sobą w rozstrzygającej konkurencji. Odbędzie się ona na łące z wykorzystaniem naturalnych przeszkód.
Podeszłam do stolika sędziów. Marysia wyjęła karteczkę ze słoika  i odczytała własne imię. Włożyłam rękę do naczynia i wyjęłam kartkę. Po mojej głowie krążyła tylko jedna myśl – „oby nie Lusia”. Wiedziałam, że tym razem zawodnicy nie będą mieli czasu nauczyć się trasy. Przeczytałam treść karteczki i krew odpłynęła mi z twarzy. Napisane było na niej imię mojej niewidomej koleżanki.
Ciocia zarządziła przerw. Siedzieliśmy razem na skraju łąki oparci o drzewa. Wszyscy byli mocno przybici. Lusia nie wyglądała wcale na smutną. Była wystraszona. Odciągnęłam ją na bok. Mimi poszła za nami.
-Słuchaj, nie musisz wygrać. Zwycięstwo nie jest aż takie ważne – powiedziała Mimi.
-Wiem. Gdybym tylko nie ścigała się z Marysią. To przecież ona powiedziała, że nie dam rady – odpowiedziała Lusia. Głos jej się łamał.
Nie było sposobu, żeby ją z tego wykręcić. Można było tylko zagrzać ją do walki.
-Dasz radę. Ze mną wygrałaś już pierwszego dnia. Nauczyłaś mnie jeździć z zamkniętymi oczami. Więc z tym wyścigiem też sobie poradzisz – oznajmiłam stanowczo.
-Jesteś pewna? – spytała
-Jasne. Nikt nie jeździ na koniach tak dobrze, jak ty.
-W takim razie spróbuję wygrać ten wyścig – na jej twarzy pojawił się uśmiech – i chyba już wiem, co muszę zrobić.
Lusia podeszła szybkim krokiem do cioci Asi. Spytała ją o coś, a ciocia energicznie pokiwała głową. Dziewczynka wróciła do nas z uśmiechem na ustach i oznajmiła:
-Pozwolili mi jechać na oklep.
Chwilę później przerwa się skończyła i Marysia wsiadła na swoją klacz- Małą. Pomogłam Lusi zdjąć siodło. Kamyk położył się i pozwolił Lusi wsiąść.
-Nie wiem, czy to dobry pomysł – oznajmiłam.
-Jasne, że dobry – uśmiechnęła się dziewczynka i pokłusowała na linię startu.
-Uwaga! – krzyknęła ciocia Asia. – Na miejsca, gotowi, start!
I oba konie ruszyły galopem. Tym razem biegły wspólną trasą. Tor był oznaczony taśmą. Pogalopowały do pierwszego zawalonego drzewa. Usłyszałam parsknięcie Kamyka i chwilę później oba konie równocześnie oderwały się od ziemi i wylądowały za kłodą. Koń Lusi sam wybierał trasę, patrząc na taśmę. Kolejna przeszkoda – szeroki strumień. Lusia wysunęła się na prowadzenie. Utrzymała się na tej pozycji aż do ostatniej przeszkody. Od zwalonego drzewa dzieliło je zaledwie kilkanaście metrów, kiedy Kamyk się potknął. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech. Koń zaczął tracić równowagę. Wtedy zobaczyłam, jak Lusia przesuwa obie nogi na zad konika. Kamyk napiął tylne nogi, stanął dęba i odzyskał równowagę. Lusia przeskoczyła ostatnią przeszkodę i przekroczyła linię mety jako pierwsza.
-Zwycięża drużyna niebieska!
Podbiegłam do Lusi, pomogłam jej zsiąść i rzuciłam jej się na szyję.
-Wygrałaś! A już myślałam, że Kamyk się przewróci. Jak to zrobiłaś? – spytałam.
-Hmm… Powiedzmy, że to nowa sztuczka. Zawsze chciałam go nauczyć stawać dęba – uśmiechnęła się dziewczynka.
Odprowadziliśmy konie do stajni i poczęstowaliśmy jabłkami. Następnie przyszedł czas na wieczorne ognisko. Jedliśmy kiełbaski i śpiewaliśmy piosenki, ciocia Asia grała na gitarze. W pewnym momencie Marysia usiadła między mną a Lusią i zwróciła się do niewidomej.
-Słuchaj, przepraszam cię za ten pierwszy dzień – zaczęła. – To nie było w porządku. Jeździsz wspaniale, o wiele lepiej ode mnie.
-Nic się nie stało, nie wyglądam na mistrzynię jeździectwa – zaśmiała się Lusia.
-Ale nią jesteś! Jesteś niewidomą mistrzynią!

***

-Widzisz, Jasiu? Niepełnosprawni wcale nie są od nas gorsi. A nawet mogą być o wiele lepsi. Mają swój sposób postrzegania świata i wykonywania różnych czynności. Lusia nie musiała widzieć przeszkód ani nóg Kamyka, żeby dobrze jeździć. Wyczuwała ruchy swojego konia, słyszała rytm kopyt i moje kroki, czuła zapach kwiatów na łące. Wzrok nie był jej wcale potrzebny – powiedziałam.
-Już rozumiem. Więc Franek potrafi grać w piłkę?
-Raczej nie tak, jak ty. Ale na pewno umie to robić na swój sposób.
-To ja biegnę napisać zaproszenie dla Franka! – oznajmił Janek i pobiegł po schodach na górę.
Usiadłam przy komputerze. Musiałam napisać maila do Lusi. Podziękować jej, że nauczyła mnie, że niepełnosprawni też mogą być mistrzami.

II   Dominika Pepłońska

Zespół Szkół Nr 1 w Legionowie

„ Serce królewny”

Ania miała dziś ciężki dzień. Rano kłótnia z mamą, w szkole niezapowiedziana kartkówka z matmy, a w drodze na basen zgubiła łańcuszek, który dostała od Basi – najlepszej przyjaciółki. Uwielbiała pływać. Wskoczyła do basenu robiąc kilka długości, chciała porządnie się zmęczyć. W pewnej chwili jej wzrok przyciągnął wysoki chłopak, wyglądał na wysportowanego, ale gdy przepłynął jeden basen ledwo mógł oddychać. Zaśmiała się pod nosem. Ale macho – wymknęło jej się na głos – niestety to usłyszał i dziwnie się spojrzał nic nie mówiąc. Poczuła się nieswojo. Kiedy wyszła z budynku zobaczyła jak chłopak zakłada kask i wsiada na rower.

– Hej! – krzyknęła.

Odwrócił głowę w jej stronę.

– O co chodzi? – ten sam zimny wzrok, aż przeszedł ją dreszcz.

– Jakoś głupio wyszło, chciałam cię przeprosić.

– Za co? – to samo chłodne spojrzenie.

– No wiesz, myślałam, że wygląd zobowiązuje. Wyglądasz na kogoś kto nie wychodzi z siłowni, a widziałam jak łapiesz oddech po paru machnięciach rękami.

– Nie interesuje mnie twoja błyskotliwa spostrzegawczość.

Wsiadając na rower spojrzał na nią i wyciągnął dłoń.

– To chyba twoje – trzymał jej łańcuszek

– Skąd wiesz, że moje?

– Pasuje do ciebie – odpowiedział z sarkazmem i nie oglądając się odjechał.

Stała tak gapiąc się za znikającym rowerzystą. Spojrzała na łańcuszek, którego końcówką była mała korona. W tamtej chwili nie rozumiała sarkazmu w tonie jego głosu. Nie przypuszczała jak szybko wszystko zrozumie.

Następnego dnia poszła do szkoły, ale jej myśli krążyły wokół tajemniczego chłopaka. Na lekcji polskiego do klasy weszło kilka osób. Ania aż podskoczyła kiedy zobaczyła, że wśród nich stoi chłopak z basenu. Zauważył ją, ale zaraz uciekł wzrokiem. Dziewczyna zupełnie nie mogła się skupić na temacie prelekcji. To jej uszu docierały strzępki słów – serce, przeszczep, dawca. I nagle olśnienie! Wszystko staje się jasne. Chłopak, o którym nie mogła zapomnieć czekał na przeszczep serca. Chorował od kilku lat. Kiedy opowiadał swoją historię Ania poczuła na dłoni krople – to łzy mimo wolnie spadały po policzku. Rafał – bo tak miał na imię rowerzysta – opowiedział o swoim marzeniu. Chciałby na rowerze objechać Polskę, ale wiedział, że to nie będzie możliwe bez przeszczepu. Opowiadał o samotności, strachu i nadziei. O tym jak musi walczyć o każdy dzień, każdy oddech. Jak bardzo czeka na serce chociaż wie, że jego życie będzie okupione śmiercią kogoś innego.

Ania nigdy nie patrzyła na życie w ten sposób. Nie musiała. Dostrzegła w jednej chwili jakie błahe są jej problemy, jakie ma szczęcie, że jest zdrowa i, że może wszystko.

W klasie panowała zupełna cisza. Ale wyczuwało się dystans i dziwną niechęć wobec chłopaka, jakby miał ich zarazić…śmiercią?

Po prelekcji Ania podeszła do Rafała, dotknęła jego dłoni. Chłopak zabrał rękę, ale ona nie zrezygnowała mocniej wzięła jego dłoń i powiedziała

– Przepraszam cię. Naprawdę cię przepraszam.

Tym razem Rafał nie cofnął ręki tylko mocniej ścisnął jej dłoń.

Był piękny, słoneczny dzień. Ranek choć chłodny dawał poczucie zbliżającej się wiosny. Jechali rowerami leśną ścieżką lawirując między drzewami. Minęły dwa miesiące od spotkania na basenie, a Ania i Rafał stali się nierozłączni. Dziewczyna jak mogła wspierała chłopaka, ale nie było to proste. Rafał coraz częściej trafiał do szpitala, był coraz słabszy. Rodzice Anki byli przeciwni temu związkowi. Nie chcieli żeby córka cierpiała po stracie, która nieuchronnie się zbliżała. Ania nie poddawała się i trwała przy Rafale. Razem szukali dawcy i razem marzyli o wyprawie dookoła Polski. Wierzyła mocno, że się uda. Jednak los miał wobec nich inne plany.

Kiedy tak jechali leśną ścieżką śmiejąc się i żartując Rafał nagle zatrzymał się i oparł o drzewo.

– Co ci jest ? – zapytała wystraszona dziewczyna.

– Chyba nie pojadę dalej – powiedział i osunął się na ziemię.

Dziewczyna sparaliżowana strachem nie mogła wyjąć telefonu aby zadzwonić po pomoc. Cały las wirował jej przed oczami, czuła jak ciężki kamień przygniata jej płuca i nie może oddychać. ,, Nie mogę spanikować – pomyślała – jak najszybciej musi się znaleźć w szpitalu’’ Po godzinie Rafał był już na oddziale, Ania patrzyła na jego pergaminową twarz bardzo kontrastującą z czernią brwi i włosów. ,, Nie chcę żeby to się tak skończyło!’’ – krzyczała w myślach. Wybiegła ze szpitala i wsiadła na rower – pędziła jak szalona próbując uciec od bólu i rozpaczy. Nagle poczuła silne uderzenie i zobaczyła promyki zachodzącego słońca zamglone w jej oczach. Upadła na ulicę, słyszała krzyki – ,,Nie widziałem jej, wjechała prosto pod koło, nie mogłem nic zrobić!’’. Wszystko powoli cichło. Ania widziała tylko uśmiechniętą twarz Rafała i sama też się uśmiechnęła. A potem już nic nie bolało.

Do rodziców Rafała zadzwonił telefon.

– Mamy serce dla państwa syna.

Rafał szedł ścieżką pośród mokrych liści, które przyklejały się do butów. Raz, dwa, trzy – trzecia aleja, ogromny dąb i już jest w miejscu, które stało się jego przystanią od trzech lat. Grób Ani. Tym razem przyszedł pochwalić się swoim sukcesem. Udało mu się spełnić marzenie – dzięki niej, dzięki jej sercu. Spojrzał na łańcuszek, który zawsze przy sobie nosił – mała korona błyszczała w jego dłoni. Przypomniał sobie spotkanie na basenie – ,,królewna’’ – zawsze tak do niej mówił. A teraz miał jej serce – serce królewny.

 

II miejsce  Dominika Barszczewska

Zespół Szkół Nr 1 w Legionowie

„Głos w mojej głowie”

 

Jest wieczór, za oknem mrok, który wdziera się również do mojego serca. Strach trzyma mnie mocno w swoich szponach. Dzisiejsza wizyta u lekarza była gorsza od wszystkich innych. To, czego się najbardziej obawiałam, zostało potwierdzone. Schizofrenia. W mojej rodzinie gości od pokoleń, jednak miałam nadzieję, że mnie ominie.

Pamiętam wakacje spędzane na wsi u dziadków. Babcia była bardzo ciepłą osobą, przy której czułam się świetnie, choć czasami zachowywała się dziwacznie. Myślałam, że robi sobie żarty i śmiałam się do rozpuku. Pewnego razu rozmawiała z ‘kimś’ w szafce kuchennej.
– Widzę Cię mały łobuziaku!
– No raz, raz wychodzimy. Zakładaj czapkę, szalik i rękawiczki i poczekaj przed drzwiami…
Rozglądałam się zdziwiona, bo przecież było lato i nikt nie chodził ciepło ubrany. Z ciekawością obserwowałam, co kobieta robi, zaglądałam jej przez ramię. Spodziewałam się tam zobaczyć małego skrzata biwakującego między mąką a makaronem, jednak pomiędzy produktami spożywczymi nikogo nie było. Przynajmniej ja nie widziałam. Nawet pomyślałam sobie, że jestem zbyt mała. Wspinałam się na palce i mocno wyciągałam szyję. Na próżno. Pięciolatka nawet na palcach i z wyciągniętą szyją nie mogła zobaczyć tego, co dostrzegła dorosła kobieta.
Babcia Stefcia stała nadal z szeroko otwartymi oczami i rozzłoszczona wciąż do kogoś przemawiała coraz ostrzejszym tonem. Już nie było mi do śmiechu, więc uciekłam na podwórko i szybko zapomniałam o tej sytuacji.
Innym razem widziałam babcię biegającą boso po łące pełnej koniczyny i mleczy. Spodobała mi się taka zabawa. Zdjęłam szybko sandały i pobiegłam ile sił do niej. Hasałyśmy razem i cieszyłam się, że jest taka fajna i lubi zabawy tak jak ja, choć inne starsze osoby tak się nigdy nie zachowywały.
W czasie wakacji wypadały urodziny mojej mamy i zawsze szykowałam dla niej prezent. Tego lata rysowałam laurkę a pomagała mi w tym babcia. Miała świetne pomysły, była kreatywna i bardzo mi się podobało to, co wymyślała.
Jednak z biegiem czasu zauważyłam, że żyła w irracjonalnym, wyimaginowanym świecie.
Wszyscy wokół chyba też to wiedzieli, bo gdy szłyśmy razem po zakupy, szeptano: „ta wariatka dzieciaka prowadzi”. Sprawiało mi to ogromną przykrość, bo babcia była dla mnie jedną z najważniejszych osób. Ludzie na wsi nie wiedzieli, że takie zachowanie świadczy o chorobie i się wyśmiewali. Z roku na rok stan babci się pogarszał i rodzice zdecydowali, że już nie będę spędzać u niej wakacji. Bardzo tęskniłam za tym czasem i nie potrafiłam zrozumieć, że zachowanie babci staje się niebezpieczne dla niej i dla innych. Pamiętam gdzieś zasłyszane zdanie, że „takich to trzeba zamykać”. Moją kochaną babcię?

Mijały lata. Nasza rodzina spotykała się tylko przy okazji świąt i towarzyszyła tym uroczystościom atmosfera tajemniczości. Niby wszystko było w porządku, a jednak czasami widziałam zatroskany wzrok dziadka, spoczywający na mojej mamie.
W Boże Narodzenie, gdy byłam w piątej klasie, również pojechaliśmy do dziadków. Święta przebiegały w spokojnej, rodzinnej atmosferze i było niezwykle przyjemnie. Babcia siedziała w bujanym fotelu i choć nie miała ochoty z nami rozmawiać to łagodnie się uśmiechała. Podobno dostała leki, które działały uspokajająco. Nie dziwiliśmy się zatem, że straciła na swojej pomysłowości i już nie urządzała tych swoich małych przedstawień z nieistniejącymi aktorami, które wywoływały uśmiech na naszych twarzach.
W pewnym momencie spostrzegłam, że nie było w pokoju dziadka i mamy. Postanowiłam sprawdzić, czy nie szykują jakiejś niespodzianki dla nas i poszłam ich poszukać. Drzwi do kuchni były przymknięte i mimochodem zaczęłam skradać się na paluszkach, żeby podejrzeć, co też oni tam szykują. Okazało się, że rozmawiali półszeptem:
– Bardzo niepokoją mnie te objawy, są takie same jak u Twojej matki – mówił dziadek Sylwester.
– Tato, nie martw się, proszę. Lekarz powiedział, że to nie musi być ta sama choroba – odpowiedziała mama.
Przestraszyłam się tak bardzo, że z impetem wpadłam do kuchni, przytuliłam się do rodzicielki i zalałam łzami.
– Mamusiu, jaka to choroba?
Mama nie odpowiedziała tylko mocno mnie objęła. Czułam, jak drży ze zdenerwowania i rozpłakałam się jeszcze bardziej. W pewnym momencie spostrzegłam, że ona też płacze i nie potrafi powiedzieć ani słowa, tylko przytulała mnie coraz mocniej.
Sytuację przerwał wtedy tata, który oznajmił, że czas rozpakować prezenty czekające pod choinką. Zapomniałam dość szybko o swoim strachu i niepewności, bo dostałam swój wymarzony odtwarzacz mp4, który pochłonął mnie bez reszty na dłuższy czas.
Od tamtego czasu sporo zmieniło się w naszym domu, bo mama była często rozdrażniona. Narzekała, że muzyka gra za głośno i że żarówka ją razi. Ściszałam więc radio albo zakładałam słuchawki, żeby tylko nie prowokować kłótni, ale światło było mi potrzebne do odrabiania lekcji i innych czynności, których po ciemku nie da się wykonywać. Bywało burzliwie w mojej rodzinie, nie potrafiliśmy się porozumieć.
Rodzicielka zaczęła ubierać się jak nastolatka i często podbierała moje najlepsze ciuchy. Wcześniej dbająca o higienę i pilnująca nas, byśmy też o nią dbali, teraz zapominała o wzięciu prysznica czy umyciu zębów. To było niepokojące, ale też złościło mnie. Tym bardziej, że koleżanki i koledzy z klasy też zauważyli zmianę w zachowaniu mojej mamy. Już nie była sympatyczną gospodynią, gdy mieliśmy gości. Siadała na kanapie, przybierając dziwną pozycję ciała i wpatrywała się niemo w jeden punkt. Nie było z nią kontaktu lub był bardzo ograniczony. Zdarzało się, że kazała wyjść komuś z domu, nazywając go innym imieniem. Ludzie zaczynali się śmiać z mamy tak samo, jak kiedyś z babci. Nie rozumiałam jeszcze, jakie fatum ciąży nad moją rodziną w linii żeńskiej.
Mama chodziła do lekarza, brała leki, jednak wciąż zdarzały się jej różne przypadki. Zmiany nastroju, kłopoty z koncentracją, strach przed dźwiękiem telefonu stawały się coraz częstsze.
Dotąd energiczna kobieta stała się senna i leniwa. Bałam się, gdy tata otrzymał telefon z komisariatu, żeby odebrać mamę. Okazało się, że zabłądziła i nie mogła trafić do domu. Zaczepiała przechodniów i opowiadała niestworzone historie o osobach, które śledziły ją i nie pozwalały wrócić do domu. Nie istniały w rzeczywistości, a jednak słyszała je bardzo wyraźnie. Po tym zdarzeniu trafiła na trzy miesiące do zakładu zamkniętego na leczenie. Nie poznawałam swojej mamy. Nie rozumiałam. To nie była ta sama osoba. Ona też mnie nie poznawała. Nie chciała, żebyśmy przychodzili. Krzyczała, płakała lub leżała z tępym wzrokiem, utkwionym w suficie. To było straszne. Tak bardzo chciałam się do niej przytulić i poprosić, żeby wracała do nas jak najszybciej. Ale to nie było proste.
Po powrocie do domu mama bardzo się zmieniła. Była nieufna i podejrzliwa. Wciąż powtarzała:
– Zobacz, wszyscy się na mnie patrzą – choć nikt na nią nie patrzył.
– W telewizji mówią o mnie, wszędzie mnie znajdą, znów ktoś mnie śledzi – choć akurat był nadawany serial.
Zaczęliśmy pilnować mamy, tak jak dziadek pilnował babci. Mama nie zawsze chciała brać leki, a tylko one mogły zahamować postęp choroby lub doprowadzić do całkowitego wyleczenia. Wiedziałam, że istnieje taka szansa. Dla jednego spośród czterech chorych. Leki są niezwykle ważne, bo dzięki nim mama mogłaby funkcjonować w społeczeństwie, chodzić do pracy i zajmować się rodziną. Zajmować się mną, bo bardzo potrzebowałam z nią porozmawiać. Miałam tyle kłopotów. Dostałam „jedynkę”, ktoś śmiał się z mojej metki na ubraniu, ktoś podstawił mi nogę i bolało mnie kolano. Mamy nie było, gdy chciałam podzielić się swoim nastoletnim życiem. Czułam się taka samotna, a z tatą też nie mogłam porozmawiać. Tyle miał na głowie. Praca, chora żona – same kłopoty. Nie chciałam mu przysparzać kolejnych zmartwień.
Niezauważenie przemknęłam przez gimnazjum, dostałam się do wymarzonego liceum i snułam plany na ciekawą przyszłość. Marzyłam o byciu stewardessą i lataniu w przestworzach, takim dosłownym „bujaniu w obłokach”, zwiedzaniu odległych zakątków i poznawaniu nietuzinkowych ludzi.

Przed maturą, gdy nauki było wiele, dostrzegłam pierwsze niepokojące objawy. Na początku zrzuciłam to na nadmiar obowiązków. Zmęczona i niewyspana byłam rozdrażniona i nie mogłam się skoncentrować, jednak gdy usłyszałam głosy, które nie należały do mnie, po raz pierwszy przemknęła mi myśl, że coś jest nie tak. Cały czas chciałam wierzyć, że to efekt przygotowań do egzaminu i wytrwale odrzucałam podejrzenie choroby.

Ze schizofrenią da się żyć. Można mieć rodzinę, dzieci, pracę, marzenia. Podobno przez to jesteś w gronie niepełnosprawnych, ale jeśli bierzesz leki to możesz żyć jak inni. Pomimo różnych głosów w Twojej głowie odnajdziesz siebie.

 

III Weronika Kaczmarczyk

Gimnazjum Nr 1 w Legionowie

„Zycie po życiu”

 

            Jest kolejne piątkowe późne popołudni, słońce chyli się ognistą czerwienią maków ku zachodowi. Przez grube zakratowane, połyskujące barwą morskich fal szyby ogromnych okien mojego szpitalnego pokoju, przedzierają się ostatnie iskrzące promienie żarzącej kuli chowającej się za horyzont zapomnienia.

Zamglonym  obojętnością wzrokiem przyglądam się delikatnym listkom kołysanym ciepłym podmuchem wiosennego wiatru, niosącego intensywny zapach kwitnącego na pobliskim skwerku fioletowego bzu. Po mojej woskowo białej twarzy, przypominającej marmurowy posąg przemyka się zabłąkana łza szczypiąca pergaminową skórę nadmiarem soli. Do mojej przepełnionej pustką, zamkniętej na wszelkie bodźce zewnętrznego świata głowy uporczywie dobija się niedające mi spokoju od prawie sześciu miesięcy retoryczne pytanie.

Dlaczego ja?

Dlaczego ja?

Dlaczego ja ?

Siedemnaście dni, dwie godziny i trzydzieści pięć minut temu skończyłam piętnaście lat.  Tylko po co?

Czy nie lepiej było zostać na tej czarnej, zimnej i mokrej od szlochu jesiennego deszczu asfaltowej jezdni przeoranej białymi pasami, podobno bezpiecznego przejścia dla pieszych. Ozdobionego jeszcze lśniącym nowością semaforem zachęcającym szafirowo zielonym okiem cyklopa do przejścia na drugą stronę.

Dlaczego ja?

Postawiłam swój szaro – czarny zamszowy but jako pierwsza, wyprzedzając innych czekających przechodniów. Przecież tak jak co dzień radośnie biegłam z pobliskiego gimnazjum do oddalonego o tysiąc czterysta metrów domu, gdzie czekał na stole przygotowany z pieczołowitą starannością o detale obiad. Rozsiewający oprócz chmurki pary wodnej niesamowity aromat przesycony spokojem i miłością.

Dlaczego ja?

Znalazłam się tego feralnego wtorkowego popołudnia właśnie w tym miejscu na tym pechowym odcinku trasy prowadzącej na przepiękne ozdobione licznymi jeziorami mazury, które do tej chwili tak bardzo kochałam. Gdzie wspólnie ze znajomymi uwielbiałam przedzierać się przez trzcinowe zarośla smukłym i opływowym kształtem kajaka, słuchać wieczornego zawodzenia ukrytych w koronach drzew cykad.

Dlaczego ja?

Czy kiedykolwiek otrzymam odpowiedz na tak proste z pozoru pytanie. Czy znajdzie się osoba umiejąca mi wytłumaczyć , to co się stało podczas tych kilku sekund, które zmieniły moje dotychczasowe życie o trzysta sześćdziesiąt stopni. Napisały zakończenie rozdziału mojej księgi nie pytając mnie o zdanie. Nadal zastanawiam się nad sensem rytmicznego unoszenia mojej klatki piersiowej podczas nabierania powietrza do płuc i opadania przy wydychaniu dwutlenku węgla, który przecież stanowi truciznę dla innych. Często rozmyślam nad zasadnością decyzji prowadzącego mój nieposiadający happy end – u  przypadek lekarza, który blokuje tym miejsce innym potrzebującym pomocy i mającym jeszcze szanse na normalne życie. Chcącym walczyć o kolejny dzień, godzinę, minutę czy sekundę upływającego czasu, nie uciekających w otchłań  niebytu jak ja. Słuchając kolejnych książkowych definicji, przekształcających się w bełkot niezrozumiałych dla mych uszu zwrotów osób posiadających ogromną praktykę kliniczną w pracy z ofiarami wypadków komunikacyjnych coraz bardziej tracę realny kontakt z otaczającym mnie światem. Podziwiam ich charyzmę i zapał, nieustępliwość w dążeniu do postawionego przed sobą celu, ale z przykrością muszę stwierdzić że to wszystko nie dla mnie. Ja nie chcę walczyć, nie chcę pokonać samej siebie, nie chcę żyć, chcę zapaść się głęboko pod skorupę naszej planety gdzie wszyscy dadzą mi święty spokój. Tam będę jedynie cząsteczką materii niedostrzegalną przez ludzkie oko nawet przy użyciu najnowszej generacji elektronowych mikroskopów, nie będę czuć litości i współczucia innych. Jedynym zwrotem  kołaczący się w mojej podświadomości, który wyniosłam z tych bezowocnych godzin spędzonych w gabinecie psychologa  jest stwierdzenie posiadające tak dziwaczny wydźwięk, że można uznać je nawet za groteskowe.

„ Subiektywne odczuwanie, obiektywnej rzeczywistości „

Ile prawdy musi mieścić się w tak mądrych słowach, które stanowią dla mnie tylko falę dźwiękową docierającą do mojej błony bębenkowej i napędzającą kosteczki ucha środkowego do pracy, tak jak krew serce i odwrotnie. Jak długo będą oni próbować przebić mór otaczający mój niebyt tak jak skorupka jajo, który daje mi tak ogromne poczucie bezpieczeństwa stanowi izolator  zabezpieczający mnie przed kolejnym zderzeniem z okrutną rzeczywistością. Kiedy wypalą się ich pokłady nadziei, chęci ciągłego dawania w zamian nie otrzymując niczego.

Nadchodzi kolejny  dzień, przypominający niemalże lustrzane odbicie poprzednich. Jednak niezupełnie, przecież to sobota, musi więc odbyć się rytualny spacer z rodzicami po szpitalnym ogrodzie wypełnionym tabunami odwiedzających gapiów. Po raz setny usłyszę jak bardzo się cieszą na mój widok, jak ślicznie dzisiaj wyglądam tak jakby wczoraj wyglądała gorzej. Nienawidzę fałszu i obłudy, przesłodzonych zwrotów ludzi którzy próbują zrozumieć moje położenie mimo, że nigdy nie dane im było siedzieć na inwalidzkim wózku. Koło południa, zaraz po obiedzie tak jak co tydzień zjawiła się mama patrząca na mnie swymi zielonymi oczami z takim ogromem nie zmąconego uczucia, którym mogła by obdzielić cały sierociniec i trzymający za wszelką cenę powagę tata. Spacer rozpoczął się zwyczajnie od kurtuazyjnej wymiany uprzejmości z napotkanymi po drodze pielęgniarkami z oddziału neurochirurgii znajdującego się na drugim piętrze, czyli bezpośrednio nad moją głową. Następnie krótka wymiana spostrzeżeń na temat obecnej pogody  i zjazd metalową windą bezpośrednio  na alejkę wyłożoną maleńkimi kosteczkami mieniącego się w słońcu kamienia. Słonce mimo tak wczesnej pory roku przygrzewało nadzwyczaj mocno, tak jakby chciało za wszelką cenę roztopić lodową taflę dzielącą mnie od świata rzeczywistego, do którego tak bardzo nie chciałam wracać. Ogród jak zawsze wygląda tak samo, co prawda znikł śnieg pojawiły się młode listki na gałązkach klonowych drzew, zakwitły wiosenne różnobarwne kwiaty na niewielkim skalniaku otoczonym masywnymi, bogato zdobionymi  żeliwnymi ławkami. Ale jaki to wszystko ma sens? Ta cała przyroda budząca się z zimowego snu, ona żyje.

A ja? Ja umarłam na tym przeklętym przejściu, pod kołami tego nieszczęsnego samochodu, który podobno nawet nie zwolnił  widząc zapalające się czerwone światło. Ja nic nie czuje, mnie nic nie boli więc po co bije te beznadziejnie głupie serce. Po co kurczy się ten bezkształtny mięsień i tłoczy czerwoną ciecz do prawie wszystkich części mojego ciała. To stwierdzenie nie dotyczy oczywiście mojej dolnej części, ona nie potrzebuje już krwi, ona nie potrzebuje już nic, jej już nie ma. Boże dlaczego ich nie ma, dlaczego one nie bolą. Dlaczego nie bolą? Dlaczego?

Tak bardzo bym chciała czuć ból, zniosła bym każde cierpienie, aby tylko te kłody wiszące u moich bioder były czymś oprócz niczego.

Znów ci ludzie wykrzywiający swe twarze przy użyciu mięśni mimicznych w coś co nosi nazwę uśmiechu. Nie mogę zrozumieć znaczenia słowa szczęście, które w kółko wypowiadają ściskając moje bezwładne ciało. Czy któreś z nich chciało by zabrać to moje wielkie szczęście ze sobą, a zwrócić moje dotychczasowe życie przed życiem.

Chciała bym krzyczeć ale nie znam słów, chciała bym płakać ale nie mam łez. Boże pomóż mi uciec, schować się w najciaśniejszą dziurę bo nie mam siły dalej żyć. Dlaczego ludzie w swej mądrości nie stworzyli wehikułu dzięki któremu mogła bym cofnąć czas, zamknąć oczy i obudzić się w swoim pokoju , zbiec radośnie po schodach których kiedyś tak bardzo nienawidziłam. Nie umiem i nie chcę pogodzić się z tym co jest teraz, chcę aby było to co kiedyś.

Dzisiaj wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie,  nikt nie dostrzega mojej chęci stania się niewidzialną, przemiany z niczego w nicość nawet Łukasz z sąsiedniej sali rehabilitacyjnego oddziału. Przez wiecznie zielone gałęzie tui dosięgło moich uszu głośne jego powitanie, tak jakby zapomniał o małym szczególe iż to zupełnie inna część mojego ciała odmówiła współpracy. Nie potrafię, w żaden logiczny sposób wytłumaczyć jego determinacji z jaką podchodzi do codziennych wielogodzinnych ćwiczeń, które oprócz wzmocnienia obręczy barkowej nie przynoszą żadnej poprawy w funkcjonowaniu jego nóg. Jego pozytywne nastawienie do całego świata roztacza tak olbrzymią aureolę, iż można ją dostrzec niewątpliwie z oddalonych o wiele lat świetlnych planet naszego układu słonecznego. Czasami posiadam ogromne obawy co do podłoża tego zjawiska, co by nie paść ofiarom zarażenia tym nieznanego pochodzenia schorzeniem. Łukasz to chłopak ciągle powtarzający , że miał więcej szczęścia niż rozumu, jak można nazwać szczęściem siedzenie na wózku inwalidzkim. Jego skok z wysokiego na około pięć metrów urwiska zakończył się rozległym urazem kręgosłupa, na szczęście  z pominięciem odcinka szyjnego co zachowało sprawność jego rąk. Mimo całej sympatii jaką udało mi się wykrzesać z obojętności wypełniającej każdy najmniejszy element mojego ciała w stosunku do jego osoby nie staram się nawiązać żadnych relacji towarzyskich, oprócz suchego „cześć”, które i tak z wielkim trudem przechodzi przez moje gardło na zewnątrz w postaci  dwóch sylab. Jednak to nie lada zawodnik, z uporem maniaka stara się co dziennie zmienić moją kopalnie pesymizmu w odrobinę radości i nadziei, która podobno umiera ostatnia. Określa mnie mianem nieoszlifowanego diamentu, który kiedyś zabłyśnie iskierkami miliardów barw olśniewając wszystkich swym pięknem i osiągnie niesamowitą wartość zwłaszcza na czarnym rynku. To właśnie od niego jako pierwszego dowiedziałam się że za siedem dni wyjeżdża do sanatorium na dwumiesięczny turnus rehabilitacyjny, a potem do domu znajdującego się w Raszynie koło Warszawy. Obiecał, że po wyjeździe będzie co dziennie dzwonił, a kiedy i ja opuszczę te grube i zimne szpitalne mury odwiedzi mnie w Legionowie. Zabrzmiało to tak nierealnie i dziwnie tak jakby zupełnie zapomniał o naszej niepełnosprawności, o tym że siedzimy oboje na wózkach z których świat wygląda zupełnie inaczej niż w rzeczywistości.

Jego słowa po powrocie ze spaceru do mojego stałego oddziałowego pokoju, dały mi sporo do myślenia. Zaczęłam setny, a może tysięczny raz analizować swoje obecne położenie i stosunek do otaczającego  świata i ludzi z którymi mi przyszło żyć na tym padole rozpaczy , radości, śmiechu i łez. Zaczęłam wyobrażać sobie nasze ewentualne przyszłe spotkanie po wyjściu ze szpitala i powrocie do domu, którego tak bardzo do tej pory się obawiałam. Łukasza siedzącego na metalowym czterokołowym wózku  przed moją dwupiętrową kamienicą nie posiadającą windy tylko kręte drewniane schody, ozdobione toczoną balustradą. I w tej chwili moją głowę przeszył prąd przerażenia, przecież przedwojenny architekt szkicujący projekt tej kamienicy nie przewidział, że będzie w niej mieszkać kaleka taka jak ja, nie posiadająca władzy w nogach. Zobaczyłam w swojej wyobraźni Łukasza unoszącego się w powietrzu jak jeden z super bohaterów telewizyjnych kreskówek i wlatującego drzwiami balkonowymi do salonu moich rodziców, lub wciąganego przez olbrzymie urządzenie wytwarzające silne pole magnetyczne chwytające jego osiem śrub i pręty stabilizacji trzymającej w pionie jego niestabilny kręgosłup. W tedy po raz pierwszy od tylu miesięcy spędzonych za kratami szpitalnych okien  na mojej twarzy pojawił się niewymuszony uśmiech, a do moich głuchych do tej chwili uszu dobieg tak mi obcy od dawna dźwięk …. Przypominający dawno zapomniany śmiech.

 

III miejsce Aleksandra Szoblik

Zespół Szkół Nr 1 w Legionowie

„Pasja i marzenia, które przewyższyły niepełnosprawność”

 

Łucja od zawsze lubiła tańczyć. Gdy miała 8 lat jej mama postanowiła, że wyśle ją na zajęcia baletu. Dziewczynka bardzo się ucieszyła, lecz rodzice mieli ciche obawy z powodu niepełnosprawności córki mającej zespół Downa, bali się, że zostanie źle przyjęta przez rówieśników, co negatywnie wpłynie na dziecko. Postanowili jednak zaryzykować, aby ją uszczęśliwić.

Pierwsze parę zajęć były dla Łucji koszmarem, nie potrafiła poradzić sobie z niektórymi ćwiczeniami. Miała też cięższy start, względu na swoją chorobę, lecz tak łatwo się nie poddawała. Poza tym inne dziewczynki wyśmiewały się z niej, co jeszcze bardziej utrudniało pracę. Kochała balet, co dawało siłę, przewyższającą niepełnosprawność. Po każdych zajęciach dodatkowo zostawała chwilę, by indywidualnie porozciągać się i powoli wykonać trudniejsze ćwiczenia, która wcześniej jej nie wychodziły. Ciężka praca i determinacja przynosiły efekty. Pomimo bycia obiektem ciągłych żartów, zaczepek i dogryzek ze strony koleżanek, tańcząc, czuła się zdrowa i szczęśliwa.

Po jakimś czasie, nauczycielka zadecydowała, że grupa pokaże się na krajowych zawodach tańca klasycznego. Postanowiła również nagrodzić ciężką prace Łucji, która jako jedna z trzech dziewczynek dostała występ solowy, co dało jej jeszcze więcej motywacji. Małe baletnice były nieco zdziwione i przede wszystkim zazdrosne, jak ktoś z zespołem Downa, może być lepszy od nich.

Przygotowania trwały pół roku. W tym czasie dziewczynka wyjątkowo dużo i ciężko pracowała, doskonaliła swoją technikę oraz wyraz sceniczny. Poza zostawaniem dodatkowo po godzinach zajęć, ćwiczyła gdzie tylko mogła, w domu, czasem w szkole. Chciała udowodnić wszystkim, że niepełnosprawność nie przeszkadza w spełnianiu marzeń. Konkurs zbliżał się wielkimi krokami. Rodzice Łucji chcieli, aby córka czuła się wyjątkowa, więc podarowali jej piękny strój białego łabędzia specjalnie do wariacji Odetty z ,,Jeziora Łabędziego”.

W końcu nadszedł ten wielki dzień, konkurs baletowy. Łucja od samego rana czuła bardzo duży stres. W trakcie rozgrzewki zauważała śmiechy swoich konkurentek, szczególnie od Kornelii – koleżanki z grupy. Kiedy większość dziewczynek poszła się przebrać i przygotować do występu, Łucja postanowiła raz jeszcze, na spokojnie przetańczyć swoją solówkę. Kiedy wróciła do szatni, nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Jej strój był cały pocięty i poszarpany. Zaczęła płakać i myśleć, że nie uda jej się dobrze zaprezentować przed sędziami. Zaniepokoiło to nauczycielkę tańca Łucji, więc zaczęła ją pocieszać. Mówiła, że strój nie jest kluczem do sukcesu. Najważniejsza jest ciężka praca i oddanie swojej pasji. Łucja z determinacją wyszła na scenę tańcząc najpiękniej, jak tylko mogła, w zwyczajnych leginsach i bluzce. Zakończyła występ, dostając owacje na stojąco, trwające bez końca.

Wygrała swoją konkurencje, lecz nie to było dla niej najważniejsze – spełniła swoje marzenia. W środowisku baletu Łucja nie była już postrzegana jako niepełnosprawna dziewczyna z zespołem Downa, ale bardzo utalentowana oraz pracowita artystka. Koleżanki przestały się z niej wyśmiewać, a wręcz przeciwnie, traktowały jako wzór do naśladowania.

 

 

 

Opublikowano

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.